środa, 11 marca 2015

Recenzje filmowe - Chłopiec na rowerze (3)


Z wykształcenia jestem pedagogo-socjologiem, po części też religioznawcą i filozofem, czyli interesuję się dokładnie tym, czym większość Polaków; każdy z nas zna się na stosunkach międzyludzkich, wszyscy dyskutujemy o religiach i wierze, no i wszyscy filozofujemy. 
Z wyboru jestem optymistką. Lubię filmy, książki, muzykę i historię -  niekoniecznie w tej kolejności. Ciepłym uczuciem obdarzam wysokie temperatury i okna niezakryte firanką, bo można wtedy przez nie zaglądać do środka. Napisałam kilka książek – głównie dla siebie. Ale są wyjątki. 

W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. Na pewno nie będzie w tym zbiorze fantastyki, bajek i dokumentu. A może czasami?... Nie mogę też zagwarantować, że będę przedstawiać wyłącznie filmy godne polecenia, bo i o tych, o których nie mam dobrego zdania, może też napiszę.
Ale do dzieła...         

Dziś: Chłopiec na rowerze - Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne/2011/Belgia, Francja, Włochy

Miłość zależy od pieniędzy

Wszystkie utwory o dzieciach niosą ze sobą duży ładunek emocjonalny. Tak może być w przypadku przekazywania złych emocji - gdy bohater jest wcieleniem zła, i dobrych - gdy widzimy w bohaterze materiał na wartościową jednostkę. Cyril, we francuskim filmie braci Jeana-Pierra i Luca Dardenne`ów „Chłopiec na rowerze”, jest jak najbardziej dobrym materiałem i na pewno wyrośnie na człowieka, który pomny złych doświadczeń z dzieciństwa, tak pokieruje swym życiem, by już nie błąkać się po manowcach. Bo on już wie. Wie, jak smakują zawiedzione nadzieje, jak pokutuje się za przestępstwo, wie, że zawsze za rogiem – jeśli się tego chce - może być lepszy świat.
            Przyjemnie rudy, o miłej aparycji chłopiec nie może pogodzić się z faktem, że jego ojciec, z którym od pewnego czasu widuje się tylko w weekendy, poukładał sobie życie… bez niego. Bez Cyrila. A zrobił to gównie - choć pewnie nie tylko - z powodów finansowych. Któregoś pięknego dnia zniknął, nie zostawiając wątpliwości, że chce uwolnić się od rodzicielskich obowiązków. Rudowłosy chłopak nie może tego zrozumieć. Czyżby miłość zależała od pieniędzy? Chłopak nie wierzy zatem w głuchy telefon, nie wierzy w puste mieszkanie, nie wierzy, że ojciec sprzedał jego ukochany rower. Ta niewiara powoduje, że zniknięcie ojca dla niego, Cyrila, wcale nie jest – a powinno być - sygnałem porzucenia go. Na przekór losowi Cyril szuka i wreszcie odnajduje ojca, choć dochodzi między nimi tylko do oschłego spotkania. Chłopiec jest tak spragniony miłości rodzicielskiej, że gesty i słowa ojca nie są dla niego czytelne. Zrozumiał z tego tylko to, co chciał zrozumieć, a mianowicie że ojciec potrzebuje pieniędzy, a gdy już je będzie miał, to wszystko jakoś się ułoży.
Cyril nie jest krnąbrny i buntowniczy. Tych cech starcza tylko na ucieczkę z sierocińca, szarpaninę z wychowawcą, a potem na kradzież. I na tym zło w chłopaku kończy się. Bo to nie Samantha, ale sam Cyril prosi, by mógł spędzać u niej weekendy. Czy tak postępują źli chłopcy? Nie. No właśnie! Dlatego młoda fryzjerka, którą tylko przypadek złączył z Cyrilem, nie zastanawiała się długo nad szczerą i jakże dojmującą prośbą dziecka. Krytycy ten moment w filmie uznają za jeden ze słabszych, bo przyjęcie chłopca pod swój dach to w końcu nie jest taka prosta sprawa. To nie zwykłe kupowanie chleba, to decyzja poprzedzona przemyśleniami, a przynajmniej taka powinna być. Jednak w filmie ta kwestia nie została jakoś szczególnie dokładnie opowiedziana i może dlatego trudno nam, widzom, uwierzyć w to, że młoda fryzjerka, po początkowo faktycznie trudnych relacjach z chłopcem, ostatecznie nad wyraz szybko przygarnia Cyrila, a nawet więcej, dla niego odchodzi od swego chłopaka. Kobieta wybierając rudowłosego chłopca, na pewno zrobiła to bardziej instynktownie niż świadomie, choć sam wybór był bardzo dobry. Tymczasem w młodziku dokonał się przełom - z rozgniewanego (ale nigdy nie aroganckiego) na zły los chłopca wyłania się młody człowiek, ujmująco wpasowujący w nową rzeczywistość. Coś stracił, ale i coś zyskał. I to nie był wybór mniejszego zła.
Psychologiczny i jakościowy ciężar filmu spoczywa głównie na barkach młodziutkiego aktora, Thomasa Doreta; pozostali członkowie ekipy jakby tylko stanowili tło dla jego zachowań. Młody Francuz znakomicie poradził sobie z postacią Cyrila, nie pozwolił na żadną fałszywą nutę. Nie zrobił tego nawet wtedy, gdy z rozmysłem zdecydował się na kradzież pieniędzy, którymi chciał kupić miłość ojca. Czy myślał, że cel uświęca środki? Pewnie tak. Jakiż był zawiedziony i smutny, gdy ojciec pieniędzy nie przyjął.
W obrazie braci Derdenn`ów nie ma pokazanych przeżyć wewnętrznych w sposób anatomiczny. Widz musi je sobie sam zinterpretować, rejestrując jedynie fakty, które wynikały ze scenariusza. By tego dokonać, tym wnikliwiej obserwujemy bohaterów filmu, a szczególnie Cyrila, jego często mknącą na rowerze drobną sylwetkę, jego kolejno: ucieczkę, przylgnięcie sercem do jednego domu, jego wszystkie „tak” i wszystkie „nie”, wybór celu, wreszcie jego „przepraszam” i późniejsze „nie, dziękuję”. Kogo przepraszał i za co dziękował – to kwestie z końcowych scen filmu, które celowo zostawiam tutaj niewyjaśnione. I choć mają odniesienie do pewnego „zgranego schematu”, to jednak w wykonaniu dziecka po przejściach stanowią o swoistej wymowie. A zapewniam, że nie odnoszą się ani do Samanthy, ani ojca Cyrila.
Kiedy film się skończył, miałam poczucie niedosytu: oszczędnie grający bohaterowie przedstawiali walkę dobra ze złem bez uciekania się do ekstremów. Ale właściwie po co ekstrema, jeśli mieliśmy przed sobą świetną grę młodego aktora, z wielkim przejęciem wczuwającego się w rolę, który harmonijnie przechodził od emocji do emocji, czyli robił to, co czasem bywa wielką sztuką, nie zawsze osiągalną nawet przez mistrzów.
                                                                                            
           Małgorzata Ciupińska
         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz