środa, 25 marca 2015

Recenzje filmowe - Grzechy ojca (5)


 W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu.  


Dziś: Grzechy ojca - Robert Dornhelm/2002/USA


Bunt syna

Tom Sicemore przyzwyczaił nas do tego, że jest wrażliwy, nawet jak gra twardziela. Jego masywnie zbudowane ciało potrafi mieć przeciwwagę nawet w postaci spływających po policzku łez. Nie inaczej dzieje się w filmie Roberta Dornhelma „Grzechy ojca”, w którym bohater grany przez Sicemora ulega czułości, bo… zawsze taki był. Bo oprócz złego ojca na szczęście miał dobrą matkę. Dornhelm stworzył film, który traktuje o nietolerancji rasowej. Nie pierwsze to dzieło, które nie rozwiązuje problemu i nie ostatnie, które będzie tego próbowało. Tu jednak rasizm nie jest kwestią pierwszoplanową, to jedynie tło dla przeżywania przez głównego bohatera emocjonalnych meandrów, i który odkrywa, że jego ojciec to po prostu zwykły bandyta. Film mówi o tym, że kara jednak przychodzi, mimo iż podobno sprawiedliwość zawsze leży na dnie pełnego worka.
Sicemore, czyli Tom Cherry, gra w filmie przejmująco. W sposób niezwykle naturalny zaczyna wątpić. Jest przykładem istoty obudzonej z kłamliwego letargu. Po nieudanym małżeństwie wraca do rodzinnych stron, by „odreagować”. Być może znaleźć oparcie w ojcu. Tymczasem zostaje poddany retrospekcji właśnie za sprawą ojca, który przez cały ten czas nie zmienił się nawet na jotę. Tom poddaje się przewartościowaniu nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce, bo na szczęście nie jest podobny do ojca. Tu jabłko padło daleko od jabłoni.
            W latach 70. w jednym z południowych stanów USA doszło do wybuchu bomby w kościele czarnoskórych baptystów. Zginęły wówczas cztery dziewczynki. Śledztwo, które przeprowadzono odniosło sukces połowiczny, gdyż zarówno mieszkańcy miasta, jak i dociekliwy detektyw mieli świadomość, iż nie wszyscy winowajcy są ukarani, jak np. Bobby Frank Cherry (ojciec Toma), który wyszedł z krzyżowego ognia pytań obronną ręką dzięki alibi, jakie dał mu własny syn.
            Sicemore (dorosły Tom) miał szczęście: młodego Toma grał chłopak, który świetnie wpasował się w styl gry, w emploi swego dorosłego kolegi po fachu. I młody i dorosły Tom to ludzie uczuciowi, a kwintesencją tej uczuciowości jest uczciwość i dążenie do prawdy. Młody Tom jest czuły i dobry, opiekuje się licznym młodszym rodzeństwem, kocha matkę i, niestety,  kocha też ojca. Ojca kocha jednak powinnością synowską, bo w bardziej spontanicznej miłości coś mu przeszkadzało. Co? To właśnie sobie uświadomi dopiero po latach. Na razie podziwia ojca za odwagę, dostrzega w nim męstwo i dbałość o dom. Nie chce widzieć, że ojcowska odwaga to tylko wynik picia nadmiernych ilości trunków oraz przynależność do Ku-Klux-Klanu, męstwo wynika z buńczucznego skandowania rasistowskich haseł, a dbanie o dom to po prostu zarabianie pieniędzy i bicie żony oraz dzieci, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wielu rzeczy Tom wówczas nie rozumiał, a przynajmniej rozumiał nie tak, jak powinien. Wtedy jeszcze walczył o honor ojca, jeszcze odkrzykiwał śledczemu, który krążył nad rodziną Toma jak sęp, by dał im spokój.
Przełom nastąpił wtedy, gdy chora na raka matka, w swych ostatnich dniach życia odkryła przed synem prawdę, polegającą na tym, że jej mąż musiał dowodzić swej siły, bo tak naprawdę był i jest nadal… słabym człowiekiem, „a taki charakter jest najgorszy z możliwych”. Jednak prawdziwe znaczenie słów matki dociera do głównego bohatera dopiero po latach, wtedy gdy Tom wraca w rodzinne strony. Wraca do przyczepy kempingowej - jak parszywa moralność ojca – brudnej, skleconej byle jak. Dlatego syn chce zbudować ojcu prawdziwy dom. Ale przypadkowo oglądając w telewizji program dotyczący wznowienia śledztwa sprzed lat, zaczyna powoli rewidować swą postawę względem ojca. Tak mimo chodem, mimo woli. I cóż się dzieje? Wraz z powstawaniem ścian i stropów, przypominają się Tomowi zdarzenia z dzieciństwa: widzi ojca, jak straszył bronią murzyńskie dzieci na Halloween, jak rannemu czarnoskóremu, którego spotkali na drodze, nie udzielił pomocy, widzi ojca, jak rozmawia z sobie podobnymi o konieczności rozprawienia się z „czarnuchami”, przypomina sobie zwierzenia umierającej matki i… odsuwa pianino.
Tom może i chciałby widzieć coś szlachetnego w postawie ojca, może i czekał na jakieś wyjaśnienia, ale niczego takiego nigdy nie usłyszał. Ani wtedy, ani teraz. Więc przed FBI dorosły Tom, pełny wstydliwych i traumatycznych doznań, z niekłamaną przykrością twierdzi, że ojciec nie kochał niczego, co nie sprawiało mu przyjemności, co nie było areną do demonstrowania jego brutalnej natury. Bohater zdobywa się na gorzkie wyznanie, że 35 lat temu skłamał przed sądem, dając ojcu alibi. Skłamał, bo tak bardzo pragnął, aby ojciec był dobrym człowiekiem. Teraz jednak śledczym z FBI powiedział prawdę, że nie wiedział, gdzie był wtedy ojciec, więc jest całkiem możliwe, że…
W końcowych scenach Tom niszczy prawie gotowy dom dla ojca. A potem odjeżdża...
Film jest przepełniony przejmującą muzyką i ciężkim spokojem, który ciągle kładzie się cieniem na południowych stanach USA. Bo co z tego, że minęło 35 lat, że ojciec został skazany, że sprawiedliwości stało się zadość? Co z tego, że obecni rasiści już nie noszą kapturów Ku-Klux-Klanu? Co z tego, skoro ciągle są?    
                                                                                             
          Małgorzata Ciupińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz