środa, 8 kwietnia 2015

Recenzje filmowe - Operacja Argo (6)


W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. 
                                  

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5).


 Dziś: Operacja Argo - Ben Affleck/2012/USA

Affleck Sienkiewiczem?

„Operacja Argo” to film zrobiony dobrze, z właściwym wyczuciem tempa, z ciekawymi zdjęciami, dowcipnymi dialogami, oczywiście nie przyćmiewającymi powagi sytuacji. Czyli film, który ogląda się na jednym wdechu, szybko, bezboleśnie, ale i bez większych emocji. Jednak.
Sytuacja pokazana w filmie - będąca odzwierciedleniem autentycznych zdarzeń - jest poważna, ponieważ dotyczy spektakularnej akcji polegającej na ewakuacji grupy kilku amerykańskich zakładników. Obraz pokazuje, jak w roku 1980 Tony Mendes (postać autentyczna, w filmie odtwarzana przez Bena Afflecka), agent CIA wymyśla, organizuje i przeprowadza brawurową akcję przetransportowania sześciu pracowników amerykańskiej ambasady z wrogiego Teheranu do ojczyzny. Wszyscy wiemy, jakie w tamtym czasie panowały nastroje polityczne w świecie, jaką animozję czuli Irańczycy do Stanów Zjednoczonych i z kolei z jak wielką rezerwą i bojaźnią podchodzili do irańskiej opozycji Amerykanie. Irańscy obrońcy tradycji, sympatycy Chomeiniego, mieli za złe Amerykanom, że ich styl życia upodobał sobie ostatni monarcha Iranu Mohammad Reza Pahlavi. Z tego powodu musiał w końcu opuścić kraj i schronić się z rodziną w Egipcie, gdzie wkrótce zmarł, a władzę w Iranie przejął po nim ajatollah Chomeini. Tak mniej więcej rysowało się irańskie tło polityczne w czasie, o którym opowiada „Operacja Argo”.
Podczas ulicznych rozruchów pięćdziesięciu dwóch urzędników amerykańskiej ambasady znalazło się w niebezpieczeństwie, gdyż manifestanci nagle wdarli się na teren placówki. Lubię logikę i odpowiedzialność. W filmie też. Dlatego bardzo spodobała mi się reakcja szefa amerykańskich urzędników, który nakazał najpierw pomyśleć o bezpieczeństwie całego amerykańskiego narodu, a dopiero potem o bezpieczeństwie własnym. A co to miało oznaczać? To, że w ciągu kilku minut urzędnicy mieli zniszczyć wszystkie ważne dokumenty znajdujące się w ambasadzie, szczególnie te z klauzulą tajności, by nie dostały się w ręce wroga. Poszły więc w ruch przede wszystkim niszczarki do papieru. Komputerów i twardych dysków nie dało się włożyć do niszczarek, więc tu trzeba było znaleźć inne siłowe rozwiązanie. Rzucano się więc na nie z młotkiem, rozbijano o ścianę lub waliło w nie krzesłem. Takie działanie jednak bardzo przemawiało do widza, było zrozumiałe, logiczne, patriotyczne i piękne.
            Mam natomiast pretensje do owych sześciu pracowników ambasady, o których był cały ten zgiełk! No, patriotami to się nie okazali. Ta szóstka osób pół słówkami i na migi porozumiało się co do chęci opuszczenia budynku ambasady. Tylnym wyjściem! To nieładnie myśleć tak tylko o sobie, mieć gdzieś sytuację reszty kolegów i tchórzliwie uciec do ambasady kanadyjskiej. A tam nawet nie zastanowili się nad tym, czy swą postawą nie narażają życia postronnych ludzi. Uciekinierzy cały czas wszystkiego się bali i wiecznie byli spoceni ze strachu. Może o to chodziło? Na tle mazgajowatych zakładników postaci głównych bohaterów filmu, czyli agenta Mendesa oraz jego ekipy, błyszczały heroicznie. I chyba tacy ci ludzie właśnie byli. Odtwórcy tych ról grali też brawurowo. A nie było łatwo, gdyż scenariusz całej akcji wydostania się z wrogiego kraju był szyty - bez przesady - na miarę… wielkiego widowiska kinowego, gdyż Mendes wymyślił właśnie, iż najbardziej realnym, z puli tych mało realnych, będzie udawanie, że przybywa do Iranu z grupą fachowców w celu szukania plenerów do realizacji filmu SF (science fiction) klasy B. Musiał zatem skrzyknąć ekipę (oczywiście wiarygodną), z którą miał wyruszyć na irańską ziemię, a tam, kiedy będzie potrzeba, przedstawić wiarygodnego producenta (w tej roli cyniczny i z dystansem do własnej osoby jako producenta Alan Arkin), przedstawić wiarygodnego charakteryzatora (świetny antałkowaty John Goodman), pokazać wreszcie wiarygodne plakaty, wiarygodny budżet, sprzęt i wiarygodne anonsy w prasie.
            Co jakiś czas - i to było kluczowe posunięcie – pokazywane były w filmie sceny ukazujące dzieci (sic!), które z pociętych w paski (tak tnie niszczarka) fragmentów zdjęć wszystkich pracowników ambasady, próbowały - jak w puzzlach - ułożyć twarze pracowników amerykańskiej placówki. W ten sposób rebelianci chcieli zidentyfikować portrety szóstki osób, które „nie odliczyły się” w dniu zajęcia ambasady. To iście hitchcockowskie budowanie napięcia znalazło ujście – jak przystało na poprawne pod tym względem skonstruowany film – w ostatnich sekwencjach.
Ben Affleck stworzył film, jak określają to sami Amerykanie, „ku pokrzepieniu serc” (u nas od tego był Sienkiewicz) i trzeba przyznać, że zrobił dzieło w typowo hollywoodzkim stylu: trzymające w napięciu, z dobrą grą aktorską, niezwykłą dbałością o kostiumy i modę z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Dla tych wszystkich zalet nie można zatem o tym filmie powiedzieć tego, co o scenariuszu, według którego agent Mendes wydostał grupkę zakładników z opresji, powiedział przełożony Mendesa, że „jest to najlepszy zły pomysł”, jaki CIA kiedykolwiek wymyśliło. To może faktycznie nie jest najlepszy film w tej kategorii, ale krzepi serca jak nic! 

                                                                                                    Małgorzata Ciupińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz