środa, 17 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Choć goni nas czas (14)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13)

Dziś:
Choć goni nas czas – USA, 2007
reż. Rob Reiner
wyst. Jack Nicholson, Morgan Freeman

Dobrze zrobiony biznesplan

Niestety główni bohaterowi tej filmowej opowieści muszą umrzeć. To mają zagwarantowane w scenariuszu. Z tym się pogodzili, a i widzowie muszą się z tym pogodzić też. Osobiście nieco raził mnie patos z ostatnich minut filmu, ale w końcu jeden minus całości nie zaszkodzi. Pokazani bohaterowie nie są tak starzy, by umrzeć ze starości; umrą z innego powodu - po prostu stanęli rakowi na drodze. To się zdarza i bogaczowi (Jack Nicholson) i mechanikowi samochodowemu (Morgan Freeman). Świadomość chorób śmiertelnych jednych powala z nóg, a innym dodaje skrzydeł. Ci, którzy oglądali film, już wiedzą, w czym rzecz, a ci, którzy go dopiero zobaczą, przekonają się, że w stwierdzeniu o skrzydłach wcale nie ma żadnej przesady, zarówno w aspekcie faktycznym, jak i metaforycznym.
Film opowiada o tym, jakie bliskość śmierci potrafi wyzwolić pokłady inwencji, kreatywności, fantazji, ale i sprowokować zachowania, które mogą zmienić relacje międzyludzkie, przez całe życie źle układające się, a teraz nagle prostujące. Oczywiście malkontenci i ci, którzy nie mają szczęścia do posiadania pieniędzy w ilości większej niż mówią o tym przeciętne standardy, na pewno krzykną: „No tak, jeśli się jest bardzo majętnym, to można sobie pozwolić na realizowanie fanaberii.”. Zgadza się, tak mogą powiedzieć. Właściwie to większość ludzi tak powie, ale gdyby wszyscy byli biedni, to ten scenariusz nie byłby taki zabawny, pouczający i miły dla oka. Tak to już jest z biedą i bogactwem. Dla nieusatysfakcjonowanych tą odpowiedzią przytoczę dwie sentencje (nie z filmu), które może pozwolą przełknąć tę niesprawiedliwość dziejową: Stefan Kisielewski powiedział: Biednym nic z tego nie przyjdzie, że bogaci też zbiednieją. Epikur zaś konkluduje: Bogactwo nie jest ulgą w kłopotach, jest tyko zmianą kłopotów.   
Ale wróćmy do filmu. Czas faktycznie tu goni. Gdyby nie oddech śmierci na plecach ani Edward Cole (Nicholson), ani Carter Chambers (Freeman) nigdy tylu rzeczy w tak krótkim czasie nie zrobiliby. A po co je robili? Żaden szczególny powód temu nie przyświecał. Oni te rzeczy i tak mieli zrobić, tylko gdyby nie wiedzieli, że tak szybko przyjdzie im rozstać się z tym światem, to zapewne odsuwaliby je ciągle w bliżej nieokreśloną przyszłość. Zwłaszcza te mniej miłe i mniej proste, ale chyba za to bardziej potrzebne. Edward i Carter stworzyli więc sobie listę spraw do załatwienia, czyli chodzili po tym świecie, mniej więcej tak jak my krążymy między półkami w supermarkecie i skreślali z listy to, co udało im się „kupić”, czyli zrealizować. A na liście tej były, oj! były rzeczy niezwykłe, szalone, śmieszne, wzniosłe, piękne i z niczym nie porównywalne. Było zatem afrykańskie safari, zmierzenie się z potęgą gór, wyzwanie dla seksu i pogodzenie z rodziną.
Rob Reiner zrobił film, który ogląda się z przyjemnością, ciekawością, bez zażenowania, bez poczucia, że przekracza się granice dobrego smaku. Nawet odpowiedź cynicznego magnata Cola, całe „zdrowe” życie zadufanego w sobie, też tej granicy nie przekracza. Co to była za odpowiedź? Na pytanie lekarza, jak tam sprawuje się jego cewnik, Edward odpowiada z nonszalancją, że zupełnie nie wie, jak do tej pory radził sobie bez niego. Od momentu, kiedy Cole dowiaduje się, że śmierć nadejdzie niebawem, cynizm i pogardę dla innych gubi szybko - w miarę skreślania rzeczy z listy, których realizacja jakby go oczyszczała z grzechów doczesności.
Reiner nie walczy ze śmiercią, on jej tylko nie demonizuje. Podpowiada ociągającym się z czynieniem dobrych uczynków, by je szybciej realizowali i „po drodze” nie próbowali oszukać śmierci, mówiąc: „No, szkoda, niestety nie zdążyłem tego zrobić”. Jeśli żyjesz według przyzwoitych zasad, to zawsze zdążysz być przyzwoitym – tak to ujął reżyser. Aktorzy w tym filmie – gwarantują to nam ich nazwiska – grają z lekkością i łatwością. Może dlatego tak się dzieje, że żaden z nich nie wychodzi z typu ról, jakie im przez lata przypisywano. Nicholson miał zawsze – począwszy nawet od „Lotu nad kukułczym gniazdem” – ciągotki do cynizmu i destruktywnej arogancji, a Freeman to wręcz uosobienie spokoju, melancholii i wspaniałomyślności. Przecież właśnie taki był w filmie „Bruce Wszechmogący”.
Nie jest łatwo, ani przyjemnie umierać. Nie sadzę, by ktoś zdrowo myślący, chciał o tym przekonywać innych. Ale fakt, zawsze to lepiej jest umierać, gdy ma się przy sobie świetnego kumpla, którego obecność gwarantować będzie znakomity humor i zabawę, no i możliwość spełniania kaprysów i marzeń. Ale by tak było, trzeba zrobić najpierw rzetelny rachunek sumienia, w jego oparciu stworzyć niezawodny biznesplan i tak uzbrojonym, ruszyć na spotkanie ze śmiercią.
   
                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz