środa, 24 czerwca 2015

Recenzje filmowe - W obcej/cudzej skórze (15)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14)

Dziś:
W obcej/cudzej skórze – USA, Wielka Brytania; 2012
reż. Bart Layton
wyst. Adam O`Brian, Debbie Jennings

W tym szaleństwie jest metoda

Dawno nie widziałam tak dobrze skonstruowanego filmu. Właśnie „skonstruowanego”, bo to konstrukcja w tym obrazie, czyli takie, a nie inne następstwa scen i pomysł przeplatania zdjęć dokumentalnych z fabularnymi, a także opowiadanie historii przez kilka osób, z których każda na pewno czuła się jedynym narratorem posiadającym monopol na prawdę, na podejrzenia i wysuwanie własnych wniosków, nie oglądając się na niczyje kontrargumenty, są mocną stroną filmu. W przypadku tego utworu akurat nic więcej nie potrzeba. Aktorom i nie aktorom (bo to wszak po części dokument) udało się utrzymać widzów w napięciu przez cały film (a nie był on krótki), choć środki wyrazu, rekwizyty, dramaturgia kryła się tylko w ich twarzach. Występując przed kamerą, nawet nie zmieniali pozycji, tak jak nie zmieniali swego punktu widzenia kształtowanego pod wpływem zmieniających się faktów. I właśnie ta konstrukcja zbudowała w utworze filmowe iskrzenie. Tylu, ilu było narratorów w filmie, tyle było prawd, a każda mogła być tą właściwą, choć ani bohaterowie filmu, ani widzowie nigdy do tej faktycznej nie dotrą.
Pewnego dnia w teksańskim miasteczku zaginął 13-letni chłopiec, Nicholas. Rodzina rozpoczęła poszukiwania, ale te kończyły się niepowodzeniem. Nikt nic nie wiedział o zaginionym chłopcu, nikt go nie widział, nikt o nim nic nie słyszał. Rodzina jest tak bardzo zaangażowana w poszukiwanie chłopca, tak dalece spragniona powrotu Nicka, że gdy ten nagle i całkiem nieoczekiwanie odnajduje się po trzech latach w… Hiszpanii, przyjmuje go do domu, bez chwili wahania. Wątpliwości nie rodzą się nawet wtedy, gdy okazuje się, iż ani fizycznie, ani psychicznie odnaleziony nastolatek nie może pasować do faktycznego Nicka. W najbliższych nie budzi to jednak żadnych podejrzeń. Wątpliwości, czy jest to autentyczny Nicholas Barclay, dopadają natomiast policjantów, kuratorów, agentkę FBI, prywatnego detektywa. Być może cała sprawa nigdy nie zostałaby tak wnikliwie drążona, gdyby fałszywy Nick nie wymyślił bajeczki o porwaniu przez grupę ludzi, którzy później, po porwaniu, znęcali się nad nim; wątek znęcania – w mniemaniu Nicka - miał wytłumaczyć na przykład braki w jego pamięci i ewentualne „rozbieżności” w zachowaniu. Więc skoro na arenę wkraczają groźni przestępcy, to musi wkroczyć do akcji FBI, no a skoro agencji federalni, to sprawa nie może być zbadana jedynie pobieżnie.
Relacje zdawane przez matkę i siostrę Nicka to jedna strona medalu, to, co opowiada odnaleziony Nick, który nie jest właściwym Nickiem, to druga strona. Wcale nie zdradzam tajemnicy filmu, gdyż oszust podszywający się pod Nicka od początku wyjawia widzom, co robił, jak się zmieniał, jak udawał, jak się uczył nowej roli, by zostać uznany za autentycznego syna i brata. Na końcu jedynie poznajemy powody, dla których fałszywy Nick to robił. Fenomen konstrukcji filmu polega na tym, że reżyser dokonuje całkiem niespodziewanego zwrotu akcji i rozkłada ciężar winy nie tylko na fałszywego Nicka, ale i na… rodzinę zaginionego chłopca. Zdziwieni? I słusznie, bo to niebywałe zaskoczenie, tym większe, że nigdy – nie tylko w filmie, ale i w rzeczywistości – zagadka nie zostanie rozwiązana. Czyżby było tak, jak sugerował fałszywy Nick: „Miałem wrażenie, że trafiłem do miejsca, gdzie jeszcze bezczelniej kłamią niż ja.”.
Gdyby reżyser obrazu zrobił z tej historii film fabularny, powstałby niczym nie wyróżniający się, choć zapewne bardzo dobry, spektakl, ale właśnie to, że obraz powstał jako thriller dokumentalny, zapunktowało niepomiernie i nadało obrazowi ciekawe wnętrze. Zwróćmy uwagę na intrygujący i mylący zarazem, a zastosowany przez twórcę, zabieg: gdy jedna osoba relacjonuje sprawę i kończy na przykład swą kwestię pytaniem, to jego następca odpowiada na owo pytanie, ale w sposób sobie właściwy i zgodny z logiką swoich wywodów. Mimo to film ani na centymetr nie staje się nielogiczny, widz nie ma poczucia „rwania” akcji i napięcie może bezproblemowo sięgać zenitu, w głównej mierze dzięki obliczu fałszywego Nicka, który ma w sobie coś z demona, ujawniającego nam swe pokrętne zamiary, ale w taki sposób, jakby opisywał smak lodów bakaliowych. To fascynowało i przerażało zarazem.
Reżyser otrzymał za swoje dzieło nagrodę za najlepszy debiut reżyserski, a sam film był nominowany do nagrody głównej na festiwalu w Sundance w 2012 roku. Przyznaję, że obejrzałam go przez czysty przypadek, bo jakoś filmy dokumentalne nie wciągają mnie (nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło. Może ze strachu przed realnym okrucieństwem, które jest zawsze gorsze od okrucieństwa wymyślonego, bo jest realne?), ale jak już zaczęłam, to nie było siły, abym nie obejrzała go do końca. A było warto, bo mówiąc za Hamletem: „W tym szaleństwie musiała być jakaś metoda”.
                                                                                                                                                                                                                            Małgorzata Ciupińska

2 komentarze:

  1. Może w takim razie i ja skuszę się na ten dokument, chociaż podobnie jak Ty, nie przepadam za nimi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam film, bo choć nie firmują go znane nazwiska, to jest to naprawdę dobre rzemiosło. Pozdrawiam

      Usuń