środa, 10 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Wiek Adaline (13)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie(4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12)

Dziś:
Wiek Adaline – USA, 2015
reż. Lee Toland Krieger
wyst. Blake Lively, Michiel Huisman, Harrison Ford, Ellen Burstyn

Sto lat samotności

Tydzień temu było o polskiej bajce, dziś jest o bajce amerykańskiej. Filmowa baśń udała się młodemu kalifornijskiemu reżyserowi, Kriegerowi, bo jeśli przyjmiemy założenie, że zaaplikowanej nam przez niego melodramatycznej gawędzie nie bronią, ani nie szkodzą pseudonaukowe wynurzenia zza offu, to wyjdziemy z filmu zadowoleni, pełni uznania dla sprawności warsztatowej tych, którzy nad tym dziełem pracowali. Wysoka nota dla scenariusza i kostiumologa; obraz szczególnie dla tego ostatniego był wyzwaniem, gdyż na potrzeby fabuły należało przeanalizować kilka epok, ale tak, by je jedynie zaznaczyć, a nie nimi widzów znużyć długością prezentacji.
Chapeau bas dla reżysera, którego inteligentna i intuicyjna zdolność przewidywania pozwoliła pochylić się nad problemem starzenia się oraz konieczności przemijania czasu, co u młodych ludzi jest zjawiskiem wyjątkowym, a na pewno drugorzędnym. Proces zacierania młodości na korzyść starzenia się reżyser pokazał bardzo oryginalnie, poprzez stworzenie niejako dwóch filarów podtrzymujących scenariusz, filarów przenikających się, potem żyjących odrębnym życiem, bez możliwości porozumienia, bo wszak dzieli je niewyjaśniona tajemnica, ale egzystujących obok siebie, szanujących się, nie niszczących nawzajem, by w końcu po próbie czasu, przeniknąć się ponownie i zlać w jedno. Takie właśnie bowiem było życie Adaline: najpierw szło ono ręka w rękę z życiem innych, potem - na skutek dziwnego zjawiska - odskoczyło od normalności, zrobiło dużo zamieszania w życiu bohaterki, po czym znów podporządkowało się ogólnie przyjętym zasadom.
Ta przedziwna historia to bujanie w morzu fantazji? Czy ja wiem? A mało to znamy faktów, które kiedyś mocno stąpały po ziemi i zadawały kłam podobno niemożliwym do zaistnienia zdarzeniom, by po dwudziestu, pięćdziesięciu, może stu latach nagle zostać rozbite w pył przez tę niby fikcję, która oto miała czelność się zmaterializować? Reasumując: dwa wypadki samochodowe, z których jeden odbiera głównej bohaterce możliwość starzenia się i drugi, który tę sytuację odwraca, są osią filmu i kluczem do zagadki. Reszta jest bardzo piękna, subtelna, chce się oglądając film, płakać, uśmiechać, chce się film oglądać i oglądać…
Adaline, która jest tuż po trzydziestce, zdarza się wypadek, który powoduje u niej zanik procesu starzenia się. Reżyser spektaklu jest mężczyzną, ale sadzę, że życiowych następstw tego medycznego curiosum kobieta piękniej, subtelniej, mądrzej i efektowniej – może poza Dorotą Kędzierzawską – nie zrobiłaby. Bohaterka spektaklu, kiedy uświadamia sobie, jakie zmiany zaszły w jej mózgu i czym one będą skutkować, po stoicku godzi się z losem i wybierze najsensowniejsze z możliwych w tej sytuacji rozwiązanie, czyli zrozumie, że jedynym wyjściem z zapętlonych zdarzeń, będą zwykłe ucieczki z dotychczasowych miejsc. Bo to oczywiste, że w każdym nowym miejscu dojdzie do momentu, gdy zaczną padać niewygodne pytania w stylu: „Och, jak ty świetnie wyglądasz, zupełnie jakby u ciebie czas się zatrzymał”. Dlatego bohaterka filmu zmienia miejsca pobytu, wcześniej patrząc, jak jej równolatkom przybywa zmarszczek, chorób, jak jej ukochany stary pies odchodzi, przytulany do jej ciągle młodego ciała. Obserwuje wreszcie, jak jej własna córka zaczyna bardziej przypominać jej matkę, a nawet babcię.
A miłość? Oczywiście, że jest miłość. W melodramacie nie może być inaczej. Więc jest miłość, ale ta tradycyjna, ta, która się starzeje. Miłość, jeśli się nie starzeje, jest nic nie warta. Przekonuje się o tym Adaline, ale jeszcze wcześniej zawsze przed nią ucieka. Tylko ona wie, ile ją to kosztuje, ile kosztuje utrzymanie sekretu w tajemnicy przed światem. Jedyną alternatywą ucieczki byłoby życie jako przykład wybryku natury oglądanego w panoptikum, wybryku, który krótszej daty jak wieczność nie uznaje. Ale oto nadchodzi punkt zwrotny, czyli… Harrison Ford. Kim jest? Miłością sprzed lat, która teraz dokonała wolty w jej życiu.
Blake Lively zagrała rozważnie i romantycznie, żeby sparafrazować tytuł pewnego znanego filmu. A Ford? Ford miał i ma nadal to szczęście, że - jak zawsze - mógł w filmie grać i równocześnie być sobą. To nieczęsto się zdarza aktorom. Obserwuję jego filmową karierę już dość długo i w każdym obrazie - choć zawsze będzie dla mnie najbardziej heroicznym i uwodzicielskim we „Franticu” Polańskiego - jest taki, że człowiek goni za nim oczami, gdziekolwiek by był i cokolwiek robił. Bo zawsze przy nim jest ciepło, bezpiecznie i przyjemnie. A Adaline? To nie zmysłowa seksbomba, nie ucieleśnienie klasycznego piękna, nie femme fatale, to też nie dziewczyna z sąsiedztwa. To jaka ona jest? Dzielna.   
   

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska


4 komentarze:

  1. Mam w planach ten film, lubię grę Blake Lively, więc tym chętniej go obejrzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety, nie widziałam tej aktorki w innych rolach - jakoś tytuły filmów, w których występowała, nie przyciągały mej uwagi. Ale zachęcona tym filmem, może... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mmm, a właśnie mam w planach :) Chciałam się wybrać do kina a z przyczyn przeróżnych akurat na to nie dotarłam, więc pewnie czeka mnie seans domowy, ale na dniach nadrobię :)

    OdpowiedzUsuń