środa, 15 lipca 2015

Recenzje filmowe - Weekend (17)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16)

Dziś:
Weekend – Polska; 2011
reż. Cezary Pazura
wyst. Paweł Małaszyński, Michał Lewandowski, Jan Frycz, Antoni Królikowski, Małgorzata Socha, Olaf Lubaszenko

O co tyle hałasu!

Nie rozumiem! Psy i koty wieszają na Cezarym, a Cezary Pazura zrobił zupełnie fajny film. Wyrażenie „fajny” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo film był pastiszową komedią, zrobioną z następującego miszmaszu: Matrixa, Desperado, Pulp Fiction, Kill Billa. Dlatego ta komedia nie miała być bardzo dobra (mogła, ale nie była), nie miała być dobra (momentami była), natomiast miała być po prostu fajna (i była). Moim skromnym zdaniem, a nie silę się przy tym na oryginalność, jak co niektórzy - z łaski pracodawcy - krytycy, którzy wręcz muszą krytykować, bo nie mogliby sobie potem spojrzeć w oczy, uznaję pracę Pazury (faktycznie trochę trudno mi tutaj użyć słowa „dzieło” Pazury) za całkiem udaną. I nie będę krytykować reżysera tylko dlatego, że już najwyższy czas, by go skrytykować, bo zaczęło się robić nudno. Ma facet talent komediowy, to niech nim szafuje. Ktoś zazdrości? No, dobrze, to tyle, jeśli chodzi o moją reakcję na negatywne opinie o filmie pana Cezarego. Uff, chyba wykonałam kawał dobrej roboty.
A teraz do dzieła. Oczywiście „Weekend” nie błyszczy blaskiem diamentu. Ale po co miałby błyszczeć? Miał bawić, przecinek śmieszyć, przecinek lekko prześmiewać, a także przejaskrawiać znane z innych obrazów filmowych sceny, teksty, zachowania, intrygi i to robił, parodiując może nie zawsze nad wyraz celnie, ale przeważnie tak. I tyle. Owszem, mnie też raziła niezwykła częstotliwość występowania tu brzydkich słów, niesmacznych i erotomańskich dowcipów, ale wiedząc, że pastisz polega na eksponowaniu w dwójnasób tego, o czym ma opowiadać, pogodziłam się łatwo z tym faktem.
Nie mogę się też zgodzić z opinią szanownych panów krytyków, którzy twierdzą, że film nie ma fabuły, a jeśli ją już ma (zdecydujcie się, panowie: ma fabułę czy jej nie ma) to nielogiczną. „Weekend” ma fabułę, ma także zwroty akcji, ma też dowcip całkiem stylowy i dystyngowany, np. „Nigdy pana tutaj nie widziałem. Och, to pewnie dlatego, że jestem tu po raz pierwszy”. Czyż to nie urocza wymiana zdań? I taka inteligentna. A jak doskonały jest na ekranie Jan Frycz, który dwoi się i troi, by zrobić prawdziwego glinę z ciamajdy Królikowskiego Antosia. Cymes. Małaszyński nie śmieszy? Bo on akurat ma nie śmieszyć - to taki polski Banderas lub Reeves, który w tym miszmaszu musi zachować sparodiowaną powagę, a to trudna sztuka. Uważam, że mu się ta sztuka udała. A jakiż był w części melodramatycznej filmu romantycznie niezdarny! Rarytasik.  
Muzyka dobra, choć najbardziej dopasowana była swą czarnoskórą balladowością w momencie, gdy przekraczaliśmy próg lokalu dla gejów. A naczelny gej tego filmu, czyli Tomasz Tyndyk, to jakby był w tej skórze od urodzenia, choć przecież później okazało się… Wiem, wiem, że te trzy kropki stawiam nie dla szanownych panów krytyków, bo oni zbrukaliby się, sięgając do tego filmu, ale dla innych, nie naznaczonych obywateli może tak. A Łódź, a Wrocław? Jak te miasta się starały, by wyścigi samochodowe i rozwalanki były wiarygodne! Owszem, były tylko na pół gwizdka, no bo w końcu to nie była hollywoodzka tylko polska „misja niemożliwa”. Nepotyzm u Pazury, bo Cezary zatrudnił Radosława? No, to chyba normalne, szczególnie w czasach, gdy generalnie ciężko o pracę. Wiem coś na ten temat, bo sama nie mam rodzeństwa i… pracy też. Pazura zatrudnił również kabareciarzy z kabaretu „Ani mru, mru”. Ci akurat mogli dać z siebie więcej, ale w końcu film to nie skecz i pewnie kabareciarze to wyczuli. A zakończenie filmu? Walizka z narkotykami, wręcz jak gorący ziemniak, przeskakiwała z rąk jednej mafii do drugiej. To wszystko mało?
Jeśli, panowie krytycy, nie polubiliście tego filmu, bo nie zrozumieliście prościutkiej intrygi, to może ja jeszcze raz wszystko od początku wytłumaczę?
     

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz